Recenzje perfum

Carolina Herrera, Good Girl Edp

Kiedy wchodziła Carolina Herrera Good Girl oczywiście od razu pofrunęłam do perfumerii wstępnie ją powąchać. Trochę się przestraszyłam, bo moje pierwsze wrażenie było zgoła odmienne od wszystkich zachwytów, wręcz nie mogłam zrozumieć, skąd ta ogólna ekscytacja? Byłam trochę zaniepokojona, czy może ze mną jest coś nie tak z powodu braku entuzjazmu? Z mieszanymi uczuciami poszłam do domu i zakupiłam parę próbek do testów, aby na spokojnie przebadać zapach. Czas mijał, ja zużyłam wszystko co miałam i zapomniałam o Good Girl. Niedawno na sklepowej półce znowu rzucił mi się w oczy charakterystyczny flakon i zapragnęłam ponownie wrócić do tych perfum. Dzięki uprzejmości jednej z członkiń perfumowej grupy facebookowej dostałam mega szansę na powtórne rozpatrzenie mojego zdania, ponieważ pewna nadzwyczaj dobra dusza, która miała na zbyciu końcówkę zapachu, postanowiła mi ją podarować w ramach prezentu świątecznego! I jakby tego było mało rozmiar bucika też spory, dzięki czemu do zdjęć posłużył idealnie. Dzięki takim ludziom jeszcze wierzę w ludzkość (tak samo jak w życie po życiu, inny wymiar, duchy, ufo, wielką stopę… itp., itd… 🙂 Ja tak na serio :P), a karma wraca :). Kasiu, jeśli czytasz recenzję, to oficjalnie dziękuję po stokroć!!

Wracając do meritum… mam problem z tym zapachem, bo początek jest świeży, środek specyficzny, a zakończenie dobre. Nie wiem jak to się dzieje, ale o ile pierwsze wrażenie jest zachęcające, tak większość czasu noszę te perfumy ze znakiem zapytania nad głową :P. Wita nas owocowa bergamotka na migdałowym polu. Fajnie to wyszło, dość intensywnie i szkoda, że tak krótko trwa, bo świeżość ulatuje w tempie ekspresowym, a ja szybko zaczynam czuć coś na styl przypalonego syropu dentystycznego. Podczas znieczulenia zęba spływa do gardła trochę specyfików lekarskich i to jest właśnie ta cierpko-gorzka woń, gryząca i osiadająca na śluzówce + moment rozwiercenia zęba, kiedy unosi się specyficzny, podduszający zapach ;). Dodatkowo jak byłam mała na rynku istniały bardzo gorzkie mikstury lecznicze z toną słodzików, aby zagłuszyć niedobry smak. To połączenie syropu na kaszel z dentystą, tworzy etap, który nie jest dla mojego nosa zbyt miły, aczkolwiek nie jest też odpychający, bo uważam, że nieśmiała obecność migdałów w jakiś sposób próbuje ratować sytuacje. Taka dziwna sprawa, bo z jednej strony ten aromat mnie lekko mierzi, ale z drugiej chcę i tak dalej go wąchać… o co chodzi? :).

Ten element jest charakterystyczny dla Good Girl, na jednej skórze idzie w bardziej ostre tony (tak jak u mnie), a na innych w ciepłym kierunku. Patrząc na skład i starając się wydedukować, co wywołuje tak dziwny w moim odczuciu efekt, to jest to podpalana tuberoza z mocno gorzkim kakao i bobem tonka (w internecie można wyczytać, ze niektórzy wyczuwają „przypaloną oponę”. Co prawda opony u mnie nie ma, ale jest syrop 😛 i to zasługa w dużej mierze właśnie tuberozy oblanej bobem tonka). Biorąc pod uwagę, że mamy tu do czynienia z mainstreamem, to ten kwiat jest tu w postaci głębokiej, odurzającej i fajnie drapieżnej w słodkiej otoczce. Po około godzinie kompozycja znacznie łagodnieje, efekt spalenizny lekko ustępuje niemrawej świeżości, która stara się przedrzeć przez gęstą warstwę. Niestety przygaszona już dentystyczna woń wciąż daje o sobie znać, co sprawia, że wymienione w nucie serca pozostałe kwiaty są przymglone dla mojego nosa. Co jakiś czas ewidentnie mają ochotę wydać swoje świeże oblicze, ale przytłoczone tuberozą i całokształtem nie dają rady. W zasadzie ta nieoczywista próba subtelności kwiatów jest zapewne celowa, bo dzięki nim zapach nie jest mimo wszystko ciężki.

No i zakończenie, to jest ten fragment, który sprawia, że Good Girl otula swoim obliczem. Kakao z mlekiem, z dodatkiem okruszków migdałów, płatków czekolady z laską wanilii, posypane fasolą tonka. Mmmm palce lizać :). Końcówka jest w stylu gourmet, ale bardziej deserowym, aniżeli przesłodzonym. I bardzo dobrze, bo super współgra z poprzednią fazą. Właśnie w tę puszystą podstawę przez cały czas trwania zapachu wtopione są wszystkie składniki. Żałuję, że kawa, która znajduje się w składzie, niestety nie została przeze mnie odnaleziona. Jeśli jesteście fanami La Vie Est La Belle to się zawiedziecie, słodycz tu obecna jest przytłumiona i wysublimowana oraz nie w takiej ilości jak w uśmiechu od Lancome.

Zapach jakoś szczególnie się nie rozwija, bo ciągle prześladuje mnie ta typowa tuberozowo – syropowo – dentystyczna nuta :P. Zaskoczona jestem natomiast trwałością, gdyż przez pierwsze godziny zapach jest intensywny i wyczuwalny z daleka (ciągnie się spory warkocz), a przez kolejne traci sukcesywnie na swojej projekcji i robi się bliskoskórny. Utrzymuje się na skórze około 10 h, na włosach czułam je jeszcze następnego ranka. W lato te perfumy będą męczące, ale w pozostałe części roku jak najbardziej się sprawdzą. Nie powiedziałabym również, że zapach jest typowo wieczorowy, wręcz przeciwnie – na co dzień jak znalazł, dla Pań, które chcą się lekko wyróżnić ;).

To może teraz napiszę coś o najbardziej kontrowersyjnej części Good Girl – flakon. Tworząc go, Carolina Herrera czerpała inspirację ze słynnego cytatu Marylin Monroe: „Daj dziewczynie odpowiednie buty, a podbije świat.”. Na to samo wskazywałoby hasło przewodnie : „It’s good to be bad”. Taka trochę figlarna przewrotność, bo nazwa wskazuje na bycie „grzeczną dziewczynką”, za to flakon i zawartość podsuwają nam zupełną odwrotność, bo uwierzcie mi, ale tak nie pachnie zwyczajne dziewczę :). W rezultacie narodziła się piękna butelka o profilu seksownych szpilek z obcasem w kształcie sztyletu. I wiecie co? Mi się to podoba! Jeśli ktoś lubi pochwalić się swoją kolekcją przed znajomymi, to Carolina Herrera na pewno zwróci uwagę każdego. Skoro Jean Paul Gaultier rzucał w nas śnieżnymi kulami i popiersiami, a Paco Rabanne doszedł do samego Olimpu i obdarował wszystkich sztabkami złota, to dlaczego kobiece buty miałyby być złe? Nie bądźmy hipokrytami :). Fakt, że do torebki się nie nadadzą z powodu sporego prawdopodobieństwa uszkodzenia, ale wizualnie jest to coś innego, odważnego i atrakcyjnego zarazem.

Podsumowanie

Ogólnie rzecz biorąc z Good Girl mam mały problem, bo z jednej strony po gruntownym przetestowaniu zrozumiałam ich popularność, a z drugiej nie wiem, czy to nie będzie u większości osób chwilowe zauroczenie. Tuberoza z kakao robi naprawdę ogromną robotę i mimo, że odbieram tę woń w kierunku gryzącego aromatu, to muszę dać za to połączenie plusa, bo jest to coś co je jednak wyróżnia. Na mnie zapach idzie w kierunku cierpko-gorzkim, słodkim na końcu. Jest kobieco i z pazurem, ale jednocześnie nie ma tu nic, czego już nie było… niestety z czasem może powiać nudą, a tuberoza może zmęczyć. Uważam, że te perfumy nie są jakoś mega wytworne, ale zarazem nie ma też tandety, co można było łatwo osiągnąć przy słodkich składnikach. Trwałość naprawdę dobra, projekcja też, ale kompozycja bez fajerwerków. Jakby nie patrzeć „bucik” pasuje wielu osobom, więc polecam do przetestowania tym, którzy lubią słodkie aromaty z delikatnym przytupem. Niestety te szpilki mnie lekko uwierają… chyba w tym wypadku zainwestuje w trampki xD.
P.S. Ale zużyje do końca, bo gdzieś tam w odległej galaktyce jakiś głos z tyłu głowy mi podpowiada, że może jednak ta tuberoza nie jest taka zła? :)… .

A Wam pasuje pantofelek od Caroliny Herrery? :).

Specyfikacja zapachowa:
Kategoria: orientalno – kwiatowe
– Nuta głowy: kawa, migdały, bergamotka
– Nuta serca: jaśmin, tuberoza, róża bułgarska, kwiat pomarańczy
– Nuta bazy: wanilia, fasola tonka, kakao

Twórca:
Louise Turner

Rok powstania: 
2016

Pojemności: 
30 ml, 50 ml i 80 ml

Trwałość:
Znakomita– skóra do 10 h, ubrania 24 h

Podziel się: